• Zobacz więcej

Dziś i jutro polskiego rolnictwa

Drukuj
laka

O tym, jaki jest stan polskiego rolnictwa, jakie w nim zaszły zmiany od naszego wejścia do UE i z jakimi problemami ono się boryka oraz jakie działania mogłyby ograniczyć lub zahamować niekorzystne procesy – kilka tygodni temu dyskutowali naukowcy, doradcy rolni i sami rolnicy podczas konferencji w gmachu Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Naukowcy na tę konferencję przygotowali raport pod auspicjami Towarzystwa Ekonomistów Polskich i Europejskiego Funduszu Rozwoju Wsi Polskiej. I do przedstawionej w nim diagnozy oraz wniosków nawiązywały zarówno wygłoszone referaty, opinie jak i dyskusja, w której wzięły udział m.in. takie autorytety naukowe w dziedzinie rolnictwa i wsi oraz ekonomii, jak: prof. dr hab. Walenty Poczta, doc. dr hab. Wawrzyniec Czubak, dr hab. Arkadiusz Sadowski, dr Benedykt Pepliński – z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, prof. dr Wiesław Musiał, dr hab. Tomasz Wojewodzic z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, dr Józef Pyrgies z Towarzystwa Ekonomistów Polskich, dr hab. Wojciech Knieć z Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu, prof. Henryk Runowski, prof. dr hab. Edward Majewski ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, prof. dr hab. Jerzy Wilkin z Instytutu Rozwoju Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk.
Należy nadmienić, że konferencja odbyła się pod patronatem ministra Jana Krzysztofa Ardanowskiego, choć bez niego samego, albo choćby jednego z podległych mu wiceministrów. A szkoda! Czyżby nie był zainteresowany jakie działania administracji rządowej rekomendują naukowcy, którzy trudzą się nad badaniami, analizami i wnioskami opłacanymi za pieniądze asygnowane przez rząd na placówki naukowe i na owe badania i rekomendacje?!
Naukowcy i praktycy rozmawiali zaś o kluczowej sprawie dla rozwoju naszego rolnictwa i podołaniu w przyszłości konkurencji na wewnętrznym unijnym rynku, tj. o problematyce struktur obszarowych i ekonomicznych. A z problemów szczegółowych pochylili się m.in. nad kwestiami: rynku ziemi rolniczej, kryzysu w produkcji zwierzęcej i nad handlem zagranicznym artykułami rolno-spożywczymi. A jakie są wnioski i rekomendacje przedstawione przez naukowców?
Polskie rolnictwo i gospodarka żywnościowa po naszym wejściu do UE bezsprzecznie sprostała konkurencji na wewnętrznym rynku unijnym. Świadczy o tym pięciokrotny wzrost eksportu naszych produktów rolnych do państw UE w latach 2004–2018 i znaczna obecnie przewaga tego eksportu nad importem unijnych produktów rolnych. Ale są uzasadnione obawy, że w nadchodzących latach będą narastać niebezpieczne dla przyszłości rolnictwa problemy ekonomiczne i społeczne. Bowiem spośród obecnej ogólnej liczby ponad 1,4 mln gospodarstw rolnych prawie 90% nie przysparza właścicielom dochodów, z których byliby w stanie inwestować w ich rozwój.
Jest to rezultat zbyt małej powierzchni gospodarstw i niskiej intensywności gospodarowania. Ze statystyk wynika, że gospodarstw o powierzchni co najmniej 20 ha, które mają możliwości sfinansowania dalszego rozwoju własnymi środkami – bo dają dochód roczny powyżej 100 tys. zł – jest zaledwie ok. 140 tysięcy. A większość, tj. ponad 1,3 mln (poza niewielką grupą gospodarstw specjalistycznych), nie jest w stanie generować dochodów w takiej wysokości, które mogłyby sfinansować ich rozwój. Mogą być więc co najwyżej ubocznym źródłem dochodów rodzin, które są ich właścicielami, ale nie jedynym.
Oficjalne statystyki nie oddają dobrze struktur obszarowych i ekonomicznych polskiego rolnictwa, przede wszystkim z uwagi na powszechne nieformalne dzierżawy. Ale jest poza sporem, że choć przeciętna powierzchnia gospodarstwa przez lata dzielące nas od akcesji do UE wzrosła o kilka ha i także poprawiła się wydajność, to standardowa produkcja w przeliczeniu na gospodarstwo jest nadal niska. Zbyt niska, aby liczyć na to, że polskie rolnictwo w przyszłości będzie tak dobrze się rozwijało jak do tej pory i dawało sobie radę na wewnętrznym rynku unijnym! Tę konkurencję możemy przegrywać w dłuższej perspektywie z uwagi na szybsze niż u nas obecnie tempo przekształceń strukturalnych (obszarowych i ekonomicznych) w krajach unijnych, które znajdują się w tej samej co Polska strefie klimatycznej, takich jak Niemcy, Dania, Belgia, Holandia, Francja.
A to rynek unijny pozostanie dla nas nadal głównym rynkiem zbytu, z uwagi na niezmiernie trudne do zdobycia rynki azjatyckie, bądź ryzykowne co do zdolności płacenia za żywność rynki afrykańskie.
W Polsce są zasoby ziemi państwowej, którą rządzący mogą wykorzystać do wpływania na struktury obszarowe rolnictwa. Przed naszą akcesją do UE przepisy prawne pozwalały na swobodę obrotu ziemią rolniczą i różnorodność podmiotów zajmujących się prowadzeniem gospodarstw, bez ograniczeń ich wielkości. Ale rynek ziemi rolniczej w ciągu ćwierćwiecza przeszedł przemiany zmierzając do wyłączności uczestnictwa w obrocie rolników prowadzących tylko gospodarstwa rodzinne (z ograniczeniem ich powierzchni do 300 ha użytków rolnych). Przy tym zmiany ustawowe prowadzą do stopniowej likwidacji gospodarstw wielkotowarowych, które są prowadzone przez dzierżawców, w celu przekazania tych gruntów gospodarstwom rodzinnym. Zmiany prawne dotyczące obrotu gruntami prywatnymi ograniczyły znacząco możliwość prowadzenia gospodarstw osobom i podmiotom spoza grupy rolników indywidualnych, m.in. przez obowiązek posiadania kwalifikacji rolniczych, mieszkania co najmniej 5 lat w gminie, obowiązek osobistego prowadzenia gospodarstwa, a nie np. przy pomocy zarządcy. Obowiązujące od 2016 r. nowe przepisy wprowadzają zakaz sprzedaży w obrocie prywatnym między rolnikami a także dzierżawy nabytej nieruchomości w okresie 10 lat od dokupienia ziemi. Egzekwowaniu tych wymogów ma sprzyjać kontrola administracyjna, zamiast poprzednio stosowanego prawa pierwokupu, co przy utrudnieniach powoduje jeszcze wydłużenie procedur sprzedaży i w efekcie spadek zawieranych transakcji.
Powolne powiększanie przeciętnej powierzchni gospodarstwa rolnego w Polsce, które się zaczęło po zmianie ustroju i po akcesji do UE – w ostatnich kilku latach wyhamowało. W latach 2015–2016 transakcji sprzedaży – kupna ziemi rolnych zawarto jedynie niecałe 58 tysięcy. To za mało, aby nadążyć za zmianami strukturalnymi, które teraz bardzo przyspieszyły w „starych” państwach UE. Do tego wyhamowania przyczyniają się też zmiany wprowadzone w 2015 r. w systemie płatności bezpośrednich, które wspierają małe i średnie gospodarstwa rolne.
Przez przepis ustawowy z 2016 r. prawo pierwokupu dzierżawionych gruntów państwowych nie przysługuje teraz dzierżawcy, tylko rolnikom powiększającym lub tworzącym gospodarstwo rodzinne. A to stawia pod znakiem zapytania możliwość przedłużania umów długoletniej dzierżawy, co wprowadza niezrozumiałą niepewność, a nie stabilizację tej formy gospodarowania. I zniechęca dzierżawców do inwestowania w ziemię, do jej doprowadzania do wysokiej kultury agrarnej. To zaś także przyczynia się do hamowania postępu w poprawie struktury obszarowej i podnoszeniu wydajności naszego rolnictwa. – Całkiem odwrotnie jest np. we Francji, gdzie bardzo dużo ziemi jest w rękach dzierżawców dlatego, bo prawo i instytucje państwa sprzyjają tej formie gospodarowania, zapewniając stabilność i bezpieczeństwo gospodarowania dzierżawcom – podkreślał na konferencji Adam Tański, były minister rolnictwa i prezes ANR.
Reasumując – obecnie prowadzona polityka państwa, której celem jest tworzenie silnych ekonomicznie gospodarstw rodzinnych jest nieskuteczna. I uderza przy tym w dobrze funkcjonujące inne niż rodzinne gospodarstwa, zwłaszcza w dużych dzierżawców, ze szkodą dla kondycji ekonomicznej całego rolnictwa i jego możliwości rozwojowych.
Szybko postępuje też w Polsce likwidacja drobnotowarowego chowu trzody chlewnej i krów. Ale nie jest ona rekompensowana wzrostem pogłowia w stadach rozwojowych, za które nasi rolnicy uznają stada liczące ponad 400 tuczników i ponad 20 krów, a to i tak o wiele mniej niż jest uznawane w większości państw UE. Efektem jest dramatyczny spadek pogłowia i produkcji wieprzowiny, ograniczenie chowu macior. Już teraz polscy rolnicy, którzy zajmują się towarowym tuczem świń kupują – głównie z Danii – kilka milionów prosiąt rocznie do dalszego chowu. Tymczasem w państwach „starej UE” szybko postępuje koncentracja pogłowia w stadach liczących ponad 1000 świń i ponad 100 krów, czyli tam uznawanych za rozwojowe, co prowadzi do dynamicznego rozwoju hodowli.
Rolnicy odchodzą od produkcji zwierzęcej do roślinnej z uwagi na to, że koszty inwestycyjne rozwijania chowu świń i bydła przekraczają możliwości finansowe nie tylko drobnych, ale również często dobrze prowadzonych dużych gospodarstw rodzinnych.
Hamulcowym są też przepisy budowlane i o ochronie środowiska. Budowa nowych lub rozbudowa dotychczasowych budynków inwentarskich w konsekwencji przeciętnie trwa aż kilka lat, choć mogłoby to zająć kilka miesięcy.
Także nie powiodło się zwalczanie ASF w ciągu ostatnich pięciu lat, co prawda nie tylko u nas – także w całej UE. Ale nie powinno to być wytłumaczeniem dla niedostatecznej ochrony przed tą chorobą i nieskutecznej kontroli wdrażania tej ochrony.
Barierą w rozwoju hodowli zwierząt są też ograniczenia wynikające z ustawy nawozowej, która nakłada na rolnika obowiązek zagospodarowania aż 70% nawozów organicznych we własnym gospodarstwie. Jako że niewielka jest liczba i znikomy przyrost dużych gospodarstw indywidualnych o powierzchni ponad 100 ha UR, to i indywidualnych wysokotowarowych ferm liczących ponad 100 krów albo kilka tysięcy świń przybywa tyle, co kot napłakał. Dlatego gospodarstwa o niewielkiej obsadzie zwierząt albo bez inwentarza nie mają gdzie kupić nawozów organicznych.
A jakie są rekomendacje dla administracji rządowej i służb doradczych?
Trzeba na nowo sformułować cele polskiej polityki przekształcania struktur obszarowych i ekonomicznych polskiego rolnictwa. Ingerencja państwa w obrót ziemią rolniczą i ograniczenie działalności rolniczej powinny respektować zasadę „tyle swobody działania ile możliwe, tyle interwencji ile konieczne”. Szczególnie powinna być respektowana zasada trwałości obrotu prawnego. Powinny być przywrócone poprzednie zasady w transakcjach między rolnikami.
Wzrost wartości produkcji roślinnej na jednostkę powierzchni może być spowodowany nie tylko zmianą struktury agrarnej, ale i zasiewów, wprowadzaniem wyżej plonujących odmian, siewem ziarna kwalifikowanego, czyli działaniami, na które wpływ mają ODR-y. To nie wymaga od rolnika nakładów albo tylko niewielkich. ODR-y powinny pomagać rolnikom prowadząc szkolenia, które będą im dostarczać praktycznych informacji agro- i zootechnicznych i w sprawach organizacji rynków rolnych.
Naukowcy poddają pod rozwagę zintensyfikowanie prac nad nowymi odmianami w polskich ośrodkach uczelnianych i w IHiAR oraz wprowadzenie do uprawy zatwierdzonych przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności odmian genetycznie zmodyfikowanych. Konieczne są nowe racjonalne przepisy rozsądnie regulujące procedury budowy pomieszczeń inwentarskich na wsi. Trzeba ograniczyć raporty oddziaływania na środowisko ds. istotnych i tylko dla bardzo dużych obiektów. Należy też zapewnić wsparcie ekonomiczne państwa do produkcji zwierzęcej w przyszłym wieloletnim programie rozwoju obszarów wiejskich nie dla gospodarstw produkujących wyłącznie na swoje potrzeby, ale dla tych co dysponują kilkunastoma hektarami. Państwo musi umożliwić nieograniczoną niczym sprzedaż nawozów organicznych rolnikom zajmującym się tylko produkcją roślinną i wspierać budowę biogazowni.
Niepowodzenia w zwalczaniu ASF wymagają od hodowców, zwłaszcza tych mniejszych, którzy tuczą tylko kilka – kilkanaście świń, skutecznej ochrony stad przed zarażeniem, a od służb weterynaryjnych rygorystycznego systemu kontroli.
Polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne i handlowe powinny prowadzić systematyczną zinstytucjonalizowaną pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom we w miarę bezpiecznym wejściu na mało znane rynki. Główny Inspektorat Weterynarii powinien prowadzić energiczniejsze działania prowadzące do uregulowania spraw formalnych w handlu artykułami pochodzenia zwierzęcego (świadectwa weterynaryjne). A być może należy podjąć próbę ich uregulowania przez organizacje ONZ, tj. przez Światową Organizację Handlu (WTO) lub Światową Organizację Zdrowia Zwierząt (OIE). Należy też podjąć starania o szybsze zatwierdzanie przez importerów zakładów uprawnionych do eksportu.
Opr. Joanna Iwanicka
Gazeta Sołecka, nr 11(323), str. 4-5, 32